Gdy niemożliwe staje się możliwe, czyli o niepełnosprawności i chustonoszeniu (WYWIAD)

with Brak komentarzy

(Na powyższym zdjęciu Lenka Cenigova Gajarska motająca swoje dziecko)

 

Myślę, że osobom, które mają obawy co do chustonoszenia trzeba przede wszystkim uświadamiać, że to nie jest żadna czarna magia, ale coś dostępnego niemal wszystkim.

 

Mimo tego, że wydawałoby się, że chustonoszenie wymaga pełnej sprawności ciała mogę z całą pewnością stwierdzić, że tak nie jest. Wyobraźcie sobie niewidomą mamę, która sprawnie mota swoje dziecko; lub mamę bez ręki, która też nie widzi problemu z wykonaniem wspomnianej czynności. Nie da się? Da się! Niemożliwe? Możliwe!

Dzisiaj będzie wyjątkowo, nie tylko dlatego, że na stronie pojawi się pierwszy wywiad, ale też za sprawą mojego i Waszego gościa. Mam przyjemność przedstawić Wam chustomamę, przemiłą i inspirującą kobietę – Magdalenę Szyszkę. Magda jest osobą niewidomą, ale jej niepełnosprawność nie przeszkadza jej w chustowaniu… Ale jak to? Zapraszam do lektury.

Emilia Gębska: Jak zaczęła się Twoja przygoda z chustonoszeniem?

Magdalena Szyszka: Mam niewidomą koleżankę, obecnie matkę trojga dzieci. Wiedziałam, że nosiła je w chuście, ale nigdy nawet nie widziałam, jak to wygląda. Zainteresowałam się tym dopiero, kiedy sama zaszłam w ciążę. Szukałam po prostu dobrej alternatywy dla wózka, bo raczej ciężko jest chodzić z wózkiem i białą laską. Dominika powiedziała jednak, że to o wiele więcej niż środek transportu. Że dziecko gdy jest niespokojne i płacze, szybko się uspokaja zamotane w chustę. Wtedy jeszcze zupełnie nie rozumiałam tego fenomenu. To ona pożyczyła mi pierwszą chustę, z jaką miałam w życiu do czynienia. Pamiętam jak dziś, jak motałam misia, instruowana przez nią przez telefon, w czym mocno mi przeszkadzał spory już wtedy brzuch. Zamierzałam zacząć dość szybko, ale na przeszkodzie stanęło mi zupełnie nieplanowane cięcie cesarskie, pewne powikłania po znieczuleniu, a wreszcie, brak pewności siebie. Ostatecznie zaczęliśmy się motać prawie dokładnie rok temu, kiedy mój synek miał 3 miesiące i nasza przygoda z chustonoszeniem trwa do dziś.

EG: Czy przed rozpoczęciem chustowania miałaś obawy? Jeśli tak, to jakie?

MS: Myślę, że większość chustujących miała na początku jakieś obawy. Zresztą, ja miałam obawy w ogóle co do opieki nad dzieckiem, nigdy wcześniej nie zajmowałam się takim maleństwem, nie miałam żadnej praktyki. Oczywiście, wszystko przyszło o wiele łatwiej i naturalniej, niż się spodziewałam, podobnie było z chustą. Najbardziej bałam się po prostu tego, żeby dziecku nie zrobić krzywdy przez złe wykonanie wiązania, słabe dociągnięcie itd. W końcu taki maluszek ma dość delikatny kręgosłup, bioderka, w ogóle, cały się wydaje taki kruchy i bezbronny. Dlatego właśnie, mimo że właściwie wiedziałam, jak się wiąże kieszonkę, nie miałam odwagi na to by się zamotać i wyjść np. na spacer, dopóki nie spotkałam się z Mają, moją doradczynią chustową. Obawiałam się też oczywiście, czy syn polubi chustę, czy nie będzie się buntował, ale bardzo szybko się okazało, że zupełnie niepotrzebnie. No i dzięki Dominice nie miałam przynajmniej wątpliwości, że osoba niewidoma może się tego bez problemu nauczyć.

Magdalena Szyszka i jej syn zamotany w chustę w plecak prosty

EG: Jak uczyłaś się wiązać chustę? Jakie wiązania opanowałaś?

MS: Na początku moja doradczyni nauczyła mnie kieszonki, najprostszego wiązania dla niewprawionych rodziców. Właściwie to podczas konsultacji się okazało, że ja potrafiłam już tę kieszonkę wiązać całkiem nieźle, ale jak zwykle, sęk tkwi w detalach, które dzięki tej konsultacji dopracowałam tak, że już się nie bałam tak bardzo sama motać. Tak bardzo, bo trochę jednak czasu minęło, nim cały stres mnie opuścił. Nauczyłam się też wtedy wstępnie plecaka prostego, ale tylko na lalce. Byłam przekonana, że jeszcze sporo wody upłynie, nim się odważę wrzucić syna na plecy, jeśli w ogóle. Synek mnie jednak zaskoczył, bo rósł i przybierał bardzo szybko i kiedy miał ok. pół roku, noszenie go w kieszonce stało się dla mnie katorgą. Próbowałam opanować kangurka, ale w ogóle mi to wtedy nie wychodziło, syn się wyrywał i prostował nogi, co oczywiście demolowało całe wiązanie. Wrzucenie go na plecy początkowo mnie strasznie przerażało, ale powoli jakoś daliśmy radę. Nasza doradczyni ciągle zdalnie nad nami czuwała i jeszcze długo potem odpowiadała na miliony moich pytań, co, po co i właściwie dlaczego. Później opanowałam też jako tako plecak z krzyżem, a w końcu nawet kangurka, kiedy syn miał rok. Pewnie do dziś to wiązanie nie wychodzi mi idealnie, ale przy jego wadze, motamy się tak tylko czasem na chwilę, do zasypiania. No a ostatnio w końcu Monika, fantastyczna chustomama nauczyła mnie DH (double hammock – przyp. EG), czyli plecaka z koszulką, kolejnego wiązania, które wydawało mi się czarną magią. Generalnie, jestem wciąż bardzo ciekawa kolejnych wiązań, albo wariacji tych, które już umiem motać. Wśród chustomam są na szczęście bardzo miłe i cierpliwe osoby, które bez protestów wyjaśniają mi opisowo, jak wygląda dane wiązanie, a ja jestem już na takim etapie, że z takiej instrukcji potrafię zrobić wiele. Żałuję, że większość dostępnych w internecie instrukcji w postaci filmów jest dla mnie niedostępna i cieszę się, kiedy taki film ma choć przyzwoity komentarz, bo już on sam potrafi sporo mi dać.

EG: Jak Twoje otoczenie zareagowało na decyzję, że będziesz nosić syna w chuście? Czy były to zachęty i wsparcie czy wątpliwości i niechęć wobec Twojego pomysłu?

MS: Moje najbliższe otoczenie odnosiło się do tego pomysłu pozytywnie, ale z dużą dozą obaw o bezpieczeństwo i jednak z pewną rezerwą. Oczywiście, w rodzinie zdarzały się różne komentarze np. obawy, że dziecko mi wypadnie, albo stwierdzenia, że przecież nikt tak nie nosi. Nikt mnie jednak od tego nie odwodził ani nie zniechęcał. Moja mama do dziś wprawdzie na spacery proponuje wózek, ale to chyba raczej w trosce o mój kręgosłup, bo ona doskonale wie, jak ja uwielbiam mojego syna nosić. Sama zresztą żałuje, że takich chust nie miała, kiedy my byliśmy dziećmi. Mieszkam w niewielkim mieście i tu ciągle budzimy sensację. Jednak jesteśmy postrzegani coraz lepiej, ostatnio mam nawet wrażenie, że sprawiam na wielu osobach wrażenie kompetentnej mamy m.in dzięki chuście właśnie.

EG: Dlaczego lubisz chusty? Czym się kierujesz przy ich zakupie?

MS: Chusty uwielbiam przede wszystkim dlatego, że dzięki nim mogę być bardzo blisko z moim synem, a to daje mi niesamowicie dużo radości, bardzo mnie odstresowuje, daje pozytywnego kopa. Wciąż nie mogę się nadziwić temu fenomenowi, ale np. po chustowym spacerze jestem bardzo pozytywnie naładowana, rozluźniona i ogólnie, szczęśliwsza. Oczywiście, początkowo sądziłam, że jedna chusta w zupełności wystarczy. Potem stwierdziłam, że może dwie, bo przecież trzeba czasem je prać. Potem się okazało, że przydałoby się coś bardziej nośnego i…. Tak to poszło. Kiedy wgryzłam się w temat pojęłam, że są różne firmy, różne wzory, różne domieszki, no i oczywiście długości. Przy wyborze kieruję się wieloma kryteriami. W dużym stopniu opiniami innych dot. nośności, składem, tym, jaka chusta jest w dotyku i jak się mota, jeżeli mam okazję to sprawdzić, no i oczywiście wyglądem. Rzecz jasna nie widzę tych wszystkich wzorów i kolorów, ale to wcale nie znaczy, że mnie one nie interesują. Ostatecznie, która kobieta nie chce wyglądać jak milion dolarów? Wiem, w jakich kolorach mi dobrze i jakie do mnie przemawiają, choć nigdy ich nie widziałam. Wiem mniej więcej, jakie wzory wpasowują się w mój gust. Czasem wybierałam chusty na podstawie opisu producenta, jak dotąd bez żadnego pudła, ale często też pokazuję zdjęcia mojej mamie, która mi opisuje kolorystykę i wzory. Na szczęście mamy zakręcone na punkcie chust funkcjonują w grupach dyskusyjnych, gdzie się chustami wymieniają, albo też jedne sprzedają, inne kupują. I ja w tym uczestniczę z ogromną radością, bo zawsze jest jeszcze coś, czego warto spróbować 🙂 Mimo że mój syn jest już duży, nadal zdecydowanie przedkładam chusty nad nosidełka, choć te ostatnie oczywiście bywają przydatne na szybkie wyjścia lub w sytuacjach, kiedy potrzebujemy szybko dziecko wyciągnąć, a potem zapakować z powrotem. Chusta jest jednak dla mnie zdecydowanie wygodniejsza w noszeniu, a poza tym zapewnia najlepszą pozycję dziecku i to jest fakt, który bardzo łatwo samodzielnie zaobserwować.

 

Chyba właśnie o to chodzi, żeby być w stanie zamotać dziecko choćby w środku nocy i z zamkniętymi oczami, a także w różnych okolicznościach przyrody. Do tego wzrok naprawdę nie jest potrzebny, wystarczy mieć trochę wyczucia i wiedzy, jaką prawidłową pozycję powinno mieć dziecko.

 

EG: Jak według Ciebie różni się Twoje motanie chusty w porównaniu do pełnosprawnych rodziców?

MS: Tak naprawdę, moje motanie nie różni się specjalnie od innych. Mam to utrudnienie, że nie mogę się wspomagać lustrem, ale która nieco bardziej doświadczona chustomama mota się przed lustrem? Chyba właśnie o to chodzi, żeby być w stanie zamotać dziecko choćby w środku nocy i z zamkniętymi oczami, a także w różnych okolicznościach przyrody. Do tego wzrok naprawdę nie jest potrzebny, wystarczy mieć trochę wyczucia i wiedzy, jaką prawidłową pozycję powinno mieć dziecko.

EG: Lubisz testować różne chusty. Jakie zmysły najbardziej pomagają Ci ocenić daną chustę? Czy konkretne firmy mają Twoim zdaniem jakieś znaki szczególne?

MS: Dla mnie oczywiście ogromną rolę odgrywa dotyk. Nikt z nas chyba nie lubi sztywnych, szorstkich chust i generalnie dla chustujących rodziców zwykle jest to ważne, żeby chusta była miła w dotyku, dobrze się dociągała, a przede wszystkim, dobrze nosiła. Znaki szczególne istnieją, jedne firmy robią szersze, inne węższe chusty, niektóre wyposażają chusty w ogromne, inne w mniejsze metki 🙂 No i oczywiście to, co najważniejsze, jakość przędzy, z jakiej daną chustę wykonano. Tu można się bardzo zdziwić, bo okazuje się, że jedwab nie musi być śliski, a wełna gryząca, no a czasem sama bawełna nosi lepiej niż zaawansowane domieszki. Są jeszcze chusty ręcznie tkane, które moim zdaniem dają niesamowity komfort noszenia.

EG: Jako doradca często mam okazję uczestniczyć w różnego rodzaju wydarzeniach, gdzie opowiadam przyszłym lub świeżo upieczonym rodzicom o chustach. Często mają wiele obaw o chustonoszenie – boją się, że wiązanie chusty to skomplikowana sprawa; że dziecko wypadnie z chusty; że to nie dla nich. Co byś powiedziała przyszłym rodzicom na zachętę do chustowania?

MS: Myślę, że osobom, które mają obawy co do chustonoszenia trzeba przede wszystkim uświadamiać, że to nie jest żadna czarna magia, ale coś dostępnego niemal wszystkim. Sama jestem przykładem, że tak przecież ważny zmysł wzroku nie jest tu konieczny. Jak dobrze pamiętam, krąży też po internecie film, w którym chustę mota kobieta, która nie ma dłoni (to Lenka Cenigova Gajarska, której filmik jak mota dziecko możecie zobaczyć tu – przyp. EG). Tutaj chyba, tak jak we wszystkich dziedzinach życia, najbardziej sprawdza się dewiza, że chcieć to móc. Pytanie tylko, czy chcieć? Ja chciałam bardzo sama motać, a teraz chcę propagować tę formę kontaktu z własnym dzieckiem, uświadamiać rodzicom, jak ważna i potrzebna jest wzajemna bliskość i jak dużo możliwości daje im chusta. Zagrożenia, oczywiście, istnieją jak wszędzie. Myślę, że wypadnięcie dziecka z wózka jest bardziej prawdopodobne niż to, że nam wypadnie z chusty, przy odrobinie starań nie zrobimy też dziecku jakiejkolwiek innej krzywdy, a dzieci z czasem same zaczynają pokazywać, że bardzo lubią być przez nas noszone. Mój syn często sam mi wskakuje na plecy, a ostatnio nawet sam z siebie przytargał chustę, tak chciał być zamotany. Dla takich chwil warto trochę się pomęczyć na początku przy trenowaniu wiązań. Z czasem jest już tylko lepiej, a co najważniejsze, przyjemniej. Cóż może być bowiem przyjemniejszego nad maluszka, który się w nas słodko wtula, rozluźnia, a następnie mocno zasypia wiedząc, że jest bezpieczny i kochany?

EG: To piękne chwile, warto dla nich spróbować nosić w chuście i na własnej skórze poczuć jak niesamowity jest to rodzaj bliskości z dzieckiem. Swoją postawą pokazujesz nam, że pozytywne podejście i wiara we własne umiejętności są ważniejsze niż w pełni sprawne ciało. Miło mi, że zgodziłaś się na rozmowę i że stałaś się moim najlepszym przykładem dla niezdecydowanych wobec idei chustowania. Dziękuję za rozmowę!